Strony
środa, 6 maja 2020
carpe diem i rób makaron! chwalcie ląki umajone.
wesoły i pyszny.
dwukolorowy makaron na wiosnę i nie tylko.
wreszcie pada.
kaczeńce się ucieszą.
ja też się cieszę.
a kiedy się cieszę, robię makaron.
makaron zielony -- z roszponką i chlorofilem.
makaron żółty -- klasyka, z kurkumą.
niedziela, 3 maja 2020
torcik mrożony a la parfait.
biszkopt
nie będę ukrywać, że deser właściwie wykonał mój syn. biały biszkopt którego użyliśmy okazał się za słodki. następnym razem zrobimy klasyczny biszkopt. ale tak naprawdę można kombinować i zastąpić go np. migdałową bezą.
parfait (proporcje na małą tortownicę -- ok. 20 cm.)
4 żółtka
4 łyżki cukru
miąższ z pół laski wanilii lub 1/3 łyżeczki suszonej wanilii lub płaska łyżka cukru z prawdziwą wanilią
200 ml słodkiej śmietanki kremówki
nuta malinowo-cytrynowa
1/3 szklanki soku z cytryny
1/3 szklanki domowego soku z malin cioci Marysi (najlepszy!)
łyżka cukru
łyżka masła
łyżeczka mąki ziemniaczanej
sok z cytryny wymieszać z sokiem malinowym. przelać do garnka. dodać cukier i maso, podgrzewać mieszając, do momentu uzyskania jednolitej emulsji. dodać mąkę ziemniaczaną rozczynioną dwoma łyżkami zimnej wody. zagotować. odstawić do wystygnięcia.
żółtka z cukrem i wanilią ubić na gładką masę - najlepiej w metalowej misce. kiedy żółtka połączą się z cukrem, miskę umieścić w garnku z lekko gotującą się wodą. ubijać na parze przez 15 minut. odstawić. kiedy wystygną, ubić bitą śmietanę. delikatnie połączyć śmietanę z ubitymi żółtkami. połowę emulsji owocowej dodawać do masy, mieszając niedokładnie, żeby w waniliowym parfait powstały kwaskowate smużki.
gotowy krem umieścić w tortownicy pomiędzy biszkoptami. niewielką ilość parfait rozsmarować gładko na powierzchni tortu. polać warstwą owocowej emulsji. można posypać płatkami migdałowymi albo świeżymi malinami. malina można też dla urozmaicenia dodać do kremu.
torcik umieścić w zamrażalniku na minimum dwie godziny. po tym czasie torcik powinien być już zamrożony i gotowy do podania. a jeśli będzie zamrożony tylko częściowo, to stanie się torcikiem semi-fredo. i też będzie pyszny.
sobota, 2 maja 2020
(nie)zwykłe pokrzywy. tarta dla Zieleńca.
gdybym była w chacie, i nazbierałabym świeżych pokrzyw, to pewnie ugotowałabym z nich zupę albo zrobiła szpinak i podała ze świeżymi szyszkowańcami. gdybym była teraz w Zieleńcu i nazbierała pokrzyw, to co bym z nimi zrobiła? może racuszki. może zielony makaron. a może dziką tartę... ale nie jestem ani tam, ani tam. tęsknię.
za to jestem tu.
a pokrzyw i tak udało mi się nazbierać.
za to jestem tu.
a pokrzyw i tak udało mi się nazbierać.
i co z nich zrobię? na kogo wypadnie, na tego bęc.
kruchy spód
10 dag zimnego masła
10 dag mąki (dodałam orkiszowej, bo akurat miałam)
łyżka wody
szczypta soli
szybko zagnieść ciasto. odłożyć do lodówki na ok. pół godziny. rozwałkować. wyłozyć nim forme na tartę. piec w 200 stopniach ok. 15 min.
pokrzywy
garść świeżych, zielonych pokrzyw, dokładnie umytych i drobno posiekanych
sofrito
pół cebuli
dwa ząbki czosnku
oliwa
łyżeczka masła
przygotować sofrito: drobno posiekaną cebulę oraz czosnek przeciśnięty przez praskę przysmażyć delikatnie na oliwie z masłem. dodać pokrzywy i razem smażyć, ciągle mieszając, aż zmiękną, ale nie stracą koloru. wyłożyć na upieczone ciasto.
na koniec:
dwa jajka
dwie trzecie szklanki kwaśnej śmietany
szczypta cynamonu
szczypta suszonego lubczyku
pół łyżeczki tandoori masala
garść pokruszonych orzechów laskowych, które można zastąpić pestkami z dyni lub słonecznika
jajka, śmietanę i przyprawy ubić razem na gładki sos. zalać nim pokrzywy. posypać orzechami. piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. pół godziny. kiedy powierzchnia tarty w całości urośnie, znaczy że jest już gotowa.
niedziela, 19 kwietnia 2020
carpe diem i rób makaron! homage a Leon Tarasewicz
Getty Artworks Recreated with Household Items by Creative Geniuses the World Over
carpe diem i rób makaron! homage a Leon Tarasewicz
Dagny,
Popatrz na ten artykuł, muzeum dało takie wyzwanie:
https://www.sadanduseless.com/ recreated-art/?fbclid=IwAR2-J- ZUxIlJnOUakpicP54Wx3jwGgqZopAp BFX_eTM0kS_Jxnjszctsyo8
Pokazała mi to w piątek koleżanka i wyzwała mnie :) (...)
Szyszkodarowi się nie odmawia.
challenge accepted!
a teraz ja wyzywam was!
co wy na to?
poniedziałek, 13 kwietnia 2020
mazurek migdałowy (ten lepszy)
kruchy spód
12 dag mąki
5 dag mielonych migdałów
10 dag zimnego masła
5 dag cukru-pudru
1 żółtko
1 żółtko
migdałowa beza
5 białek
10 dag mocno zrumienionych, zmielonych migdałów (razem ze skórką!)
7 dag pokruszonych płatków migdałowych
17 dag cukru pudru
sok z połowy cytryny
trochę płatków do dekoracji
ubić białka. do sztywnej piany dodawać powoli cukier cały czas ubijając. na konic powoli wlewać sok z cytryny. bezę wymieszać ze zmielonymi migdałami i płatkami migdałowymi. wyłożyć na kruchy spód. posypać pozostałymi płatkami. wstawić na 10 minut do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni. następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec jeszcze ok 20-25 minut.
sobota, 11 kwietnia 2020
wileki tydzień. o jeden mazurek za daleko.
wielki poniedziałek przepadł bez wieści.
wielki wtorek. kruche ciasto. mazurek pomarańczowy. Jezus włóczy się gdzieś, załatwia swoje ostatnie sprawy (jakieś cuda, ostatnie polecenia... już nie pamiętam) w mieście, które za jedyne kilkadziesiąt lat czeka pacyfikacja. tacy jak on wiedzą takie rzeczy. są jak ludzkie sejsmografy. odczytują odległe sekwencje zdarzeń z niewypowiedzianych jeszcze słów, które dopiero rodzą się w umysłach, w lekko zmarszczonych brwiach znużonych codzienną bieganiną. wnuki tych ludzi, pokrzykujących teraz na swoje dzieci, żeby nie plątały się bezczynnie pod nogami, będą musiały uciekać. ich wnuki i prawnuki dotrą kiedyś do dalekich krain, których dzisiaj nie ma nawet na mapie. porasta je gęsta i zmierzwiona sierść prastarej puszczy. kiedy tam dotrą, jakoś się urządzą. a potem będą ich posądzać o dziwne rzeczy. że kradną z cudzych świątyń małe, białe opłatki, wbijają w nie ostre noże, a wtedy, z tych białych, delikatnych wafelków płynie jego krew. Jezus mimowolnie uśmiecha się pod nosem. patrzy na swoje brudne dłonie i zakurzone stopy. Boże Ciało, myśli, i teraz nie może już się powstrzymać od śmiechu. aż się zanosi. łzy spływają mu po zarośniętych policzkach, kiedy śmieje się na całe gardło. przechodnie patrzą na niego zdziwieni. z niesmakiem. miasto nie ma czasu na wariatów. miasto gorączkowo przygotowuje się do święta Paschy.
wielki wtorek. kruche ciasto. mazurek pomarańczowy. Jezus włóczy się gdzieś, załatwia swoje ostatnie sprawy (jakieś cuda, ostatnie polecenia... już nie pamiętam) w mieście, które za jedyne kilkadziesiąt lat czeka pacyfikacja. tacy jak on wiedzą takie rzeczy. są jak ludzkie sejsmografy. odczytują odległe sekwencje zdarzeń z niewypowiedzianych jeszcze słów, które dopiero rodzą się w umysłach, w lekko zmarszczonych brwiach znużonych codzienną bieganiną. wnuki tych ludzi, pokrzykujących teraz na swoje dzieci, żeby nie plątały się bezczynnie pod nogami, będą musiały uciekać. ich wnuki i prawnuki dotrą kiedyś do dalekich krain, których dzisiaj nie ma nawet na mapie. porasta je gęsta i zmierzwiona sierść prastarej puszczy. kiedy tam dotrą, jakoś się urządzą. a potem będą ich posądzać o dziwne rzeczy. że kradną z cudzych świątyń małe, białe opłatki, wbijają w nie ostre noże, a wtedy, z tych białych, delikatnych wafelków płynie jego krew. Jezus mimowolnie uśmiecha się pod nosem. patrzy na swoje brudne dłonie i zakurzone stopy. Boże Ciało, myśli, i teraz nie może już się powstrzymać od śmiechu. aż się zanosi. łzy spływają mu po zarośniętych policzkach, kiedy śmieje się na całe gardło. przechodnie patrzą na niego zdziwieni. z niesmakiem. miasto nie ma czasu na wariatów. miasto gorączkowo przygotowuje się do święta Paschy.
wielka środa. mazurek czekoladowy. mazurek migdałowy. dokończę go jutro. chyba, że jutro powiem sobie nie. ostatni dzień przed wielkim świętem. kobiety mają pełne ręce roboty. trzeba upiec macę, przyrządzić jagnięcinę, upewnić się, że są gorzkie zioła i wino w kadziach. izby, nawet te najbiedniejsze, muszą być pozamiatane i schludne. kolejne elementy układanki znajdują swoje miejsce. światło -- zgadza się. obezwładniające, niepowstrzymane przez nagie jeszcze gałęzie drzew. zapachy -- zgadza się. prażone migdały, pomarańcze, cytryny, wanilia, czekolada. kruche ciasto. i ciasto drożdżowe. gorzki smak skórki pomarańczowej. brakuje sernika. nie szkodzi. sernika w tym roku nie będzie.
wielki czwartek. mazurek migdałowy. pełnia oświetla poddasze ostrym, białym światłem. teraz siedzą w niewielkiej izbie, wynajętej w ostatniej chwili. jak im się to udało? ktoś może polecił ich gospodarzom. ktoś ręczył, że nie będą mieli z ich powodu przykrości. reszta pieniędzy starczyła na skromny posiłek. patrzy na miskę z soczewicą. nigdy za nią nie przepadał. ale musi przecież jakoś okazać swoje współczucie, jakoś mu podziękować. co z tego, że będzie to jedynie przypadkowe spotkanie dłoni sięgających równocześnie do jednego półmiska. gdyby tylko potrafił przekonać go, że rozumie i jest mu wdzięczny. że nikt z pozostałych by tego dla niego nie zrobił. ale tego akurat nie może. chociaż niebawem, będą utrzymywali, że jest wszechmogący. krzywi się z niesmakiem. bardziej od soczewicy, nie znosi tych wszystkich słów. im bardziej wyszukane i górnolotne, tym bardziej zionie od nich pustką. wczorajsza wesołość opuściła go. czuje się zrezygnowany. obojętny. a musi im jeszcze wszystko wytłumaczyć. czasu jest mało, a oni zajęci są posiłkiem, tanim winem i swoim towarzystwem. w dodatku Jan garnie się do niego, zagaduje, jak małe, marudne dziecko domaga się całej jego uwagi. tymczasem on, on w tej chwili najbardziej chciałby porozmawiać z Judaszem. z westchnieniem rezygnacji bierze do ręki macę.
wielki piątek. dreptanina. co prawda niespieszna, ale ręce i głowa cały czas zajęte. cholera, czemu to musi tak boleć, myśli, kiedy usta nabiegają mu krwią. spluwa, ale krwotok nie ustaje. nieźle oberwał. w dodatku nie spał całą noc. wleką się teraz noga za nogą. dobrze chociaż, że gwoździe to ściema. skoro naprawdę nie da się tego inaczej załatwić. dobrze, że nie ma jeszcze tych przeklętych wynalazków. nie podepną go do respiratorów, nie będą go reanimować w nieskończoność. nie wprowadzą w stan śpiączki farmakologicznej. nie będą rozwlekać tej agonii w niekończącą się serię sztucznych oddechów. nie będą tłoczyć w niego hektolitrów cudzej krwi. nie, co to to nie. co do krwi, umowa pozostaje umową. jedna rana, zresztą głównie z myślą o Tomaszu i na tym koniec. pozostanie wiecznym dawcą. ta cała krew, którą już niedługo będą tłoczyć z jego wyznawców do niczego nie jest mu potrzebna. nie dokona się wtórna transfuzja. zresztą, i tak nie znaleźliby właściwej mu grupy. nie chce o tym myśleć. czuje, że brakuje mu tchu. ostatecznie na tym to polega. już niedługo. wreszcie będzie mógł odpocząć. tylko jeden dzień na całą wieczność. ale zawsze coś.
wielka sobota. dzień małych cudów. w garnku grzechoczą jajka gotowane na twardo w łupinach cebuli. pod lnianą ścierką śpi sobie ciasto. z każdym oddechem rozrastają się drożdżowe sny, od których puchnie jego miękkie ciało. całkiem inne ciało leży przywalone ciężkim kamieniem. na szczęście znalazł się sponsor. starczyło na płótno i oleje. i skromne, odludne miejsce pochówku. tu jest cicho i spokojnie, kamień skutecznie tłumi wszelkie odgłosy. łkanie i zawodzenia dewotek maltretujących plastikowe różańce. energiczne kroki zakonnic krzątających się przy grocie z papier mache, poprawiających troskliwie sztuczne kwiaty i bazie w plastikowych wazonach. utyskiwania zniecierpliwionych strażników. co za absurd. pilnować grobu jakiegoś przybłędy przez całą noc. w grocie słychać tylko miarowy, cichy szelest rosnących korzeni, krzątaninę podziemnych stworzeń, wilgotne poczynania przebiegłych grzybni. ale i to już go nie dotyczy. spowija go całun błogiego niebytu.
wielka niedziela. już po wszystkim. wszystko się dobrze skończyło. podobno. można teraz skosztować lukrowanych dekoracji. zrobić ładne zdjęcie. bez zdjęcia się nie liczy. a potem nadgryźć rzeczywistość tam, gdzie nie zaskoczy podniebienia goryczą. jedzenia jest jak zwykle za dużo. jak co roku, znowu przesunęłam granicę o jeden mazurek za daleko. tymczasem w mieście panuje cisza. w czystym powietrzu snują się smugi zapachów. intensywne, namacalne. można je niemal nawinąć na palec jak przędzę. zapach chleba z piekarni miesza się z aromatem fiołków, od których kipią miejskie trawniki. magnolie pachną wilgocią porannej rosy, która nie wylała się jeszcze z na wpół otwartych kwiatów. słychać śpiew kosów, mantry sikorek, przenikliwy krzyk pustułki. w chłodnym powietrzu tańczą plastikowe rękawiczki. przedrzeźniają zwykły pośpiech i gwar, nieobecne teraz na opustoszałej ulicy. podniecone tym sztucznym życiem żartobliwie wytykają siebie palcami. kiedy wiatr dokazujący tą śmiecionośną pantomimą przycicha, rękawiczki więdną, opadając z westchnieniem na zakurzone chodniki jak pięciopalczaste, zużyte kondomy. przekwitające śliwy wyrzucają w powietrze ostatnie konfetti dusznego zapachu. dotychczasowa biel szarzeje na chwilę, by niemal od razu przerodzić się w jaskrawą zieleń pierwszych listków. pod wieczór z tłustych odwłoków latarni sączy się żółte światło wabiąc jętki jednodniówki. zużyta pełnia topnieje. przytłacza ją cień tej dziwnej planety, którą z bliżej nie wyjaśnionych powodów, tylu bogów, tyle razy usiłowało zbawić.
Hallelujah?
wielki czwartek. mazurek migdałowy. pełnia oświetla poddasze ostrym, białym światłem. teraz siedzą w niewielkiej izbie, wynajętej w ostatniej chwili. jak im się to udało? ktoś może polecił ich gospodarzom. ktoś ręczył, że nie będą mieli z ich powodu przykrości. reszta pieniędzy starczyła na skromny posiłek. patrzy na miskę z soczewicą. nigdy za nią nie przepadał. ale musi przecież jakoś okazać swoje współczucie, jakoś mu podziękować. co z tego, że będzie to jedynie przypadkowe spotkanie dłoni sięgających równocześnie do jednego półmiska. gdyby tylko potrafił przekonać go, że rozumie i jest mu wdzięczny. że nikt z pozostałych by tego dla niego nie zrobił. ale tego akurat nie może. chociaż niebawem, będą utrzymywali, że jest wszechmogący. krzywi się z niesmakiem. bardziej od soczewicy, nie znosi tych wszystkich słów. im bardziej wyszukane i górnolotne, tym bardziej zionie od nich pustką. wczorajsza wesołość opuściła go. czuje się zrezygnowany. obojętny. a musi im jeszcze wszystko wytłumaczyć. czasu jest mało, a oni zajęci są posiłkiem, tanim winem i swoim towarzystwem. w dodatku Jan garnie się do niego, zagaduje, jak małe, marudne dziecko domaga się całej jego uwagi. tymczasem on, on w tej chwili najbardziej chciałby porozmawiać z Judaszem. z westchnieniem rezygnacji bierze do ręki macę.
wielki piątek. dreptanina. co prawda niespieszna, ale ręce i głowa cały czas zajęte. cholera, czemu to musi tak boleć, myśli, kiedy usta nabiegają mu krwią. spluwa, ale krwotok nie ustaje. nieźle oberwał. w dodatku nie spał całą noc. wleką się teraz noga za nogą. dobrze chociaż, że gwoździe to ściema. skoro naprawdę nie da się tego inaczej załatwić. dobrze, że nie ma jeszcze tych przeklętych wynalazków. nie podepną go do respiratorów, nie będą go reanimować w nieskończoność. nie wprowadzą w stan śpiączki farmakologicznej. nie będą rozwlekać tej agonii w niekończącą się serię sztucznych oddechów. nie będą tłoczyć w niego hektolitrów cudzej krwi. nie, co to to nie. co do krwi, umowa pozostaje umową. jedna rana, zresztą głównie z myślą o Tomaszu i na tym koniec. pozostanie wiecznym dawcą. ta cała krew, którą już niedługo będą tłoczyć z jego wyznawców do niczego nie jest mu potrzebna. nie dokona się wtórna transfuzja. zresztą, i tak nie znaleźliby właściwej mu grupy. nie chce o tym myśleć. czuje, że brakuje mu tchu. ostatecznie na tym to polega. już niedługo. wreszcie będzie mógł odpocząć. tylko jeden dzień na całą wieczność. ale zawsze coś.
wielka sobota. dzień małych cudów. w garnku grzechoczą jajka gotowane na twardo w łupinach cebuli. pod lnianą ścierką śpi sobie ciasto. z każdym oddechem rozrastają się drożdżowe sny, od których puchnie jego miękkie ciało. całkiem inne ciało leży przywalone ciężkim kamieniem. na szczęście znalazł się sponsor. starczyło na płótno i oleje. i skromne, odludne miejsce pochówku. tu jest cicho i spokojnie, kamień skutecznie tłumi wszelkie odgłosy. łkanie i zawodzenia dewotek maltretujących plastikowe różańce. energiczne kroki zakonnic krzątających się przy grocie z papier mache, poprawiających troskliwie sztuczne kwiaty i bazie w plastikowych wazonach. utyskiwania zniecierpliwionych strażników. co za absurd. pilnować grobu jakiegoś przybłędy przez całą noc. w grocie słychać tylko miarowy, cichy szelest rosnących korzeni, krzątaninę podziemnych stworzeń, wilgotne poczynania przebiegłych grzybni. ale i to już go nie dotyczy. spowija go całun błogiego niebytu.
wielka niedziela. już po wszystkim. wszystko się dobrze skończyło. podobno. można teraz skosztować lukrowanych dekoracji. zrobić ładne zdjęcie. bez zdjęcia się nie liczy. a potem nadgryźć rzeczywistość tam, gdzie nie zaskoczy podniebienia goryczą. jedzenia jest jak zwykle za dużo. jak co roku, znowu przesunęłam granicę o jeden mazurek za daleko. tymczasem w mieście panuje cisza. w czystym powietrzu snują się smugi zapachów. intensywne, namacalne. można je niemal nawinąć na palec jak przędzę. zapach chleba z piekarni miesza się z aromatem fiołków, od których kipią miejskie trawniki. magnolie pachną wilgocią porannej rosy, która nie wylała się jeszcze z na wpół otwartych kwiatów. słychać śpiew kosów, mantry sikorek, przenikliwy krzyk pustułki. w chłodnym powietrzu tańczą plastikowe rękawiczki. przedrzeźniają zwykły pośpiech i gwar, nieobecne teraz na opustoszałej ulicy. podniecone tym sztucznym życiem żartobliwie wytykają siebie palcami. kiedy wiatr dokazujący tą śmiecionośną pantomimą przycicha, rękawiczki więdną, opadając z westchnieniem na zakurzone chodniki jak pięciopalczaste, zużyte kondomy. przekwitające śliwy wyrzucają w powietrze ostatnie konfetti dusznego zapachu. dotychczasowa biel szarzeje na chwilę, by niemal od razu przerodzić się w jaskrawą zieleń pierwszych listków. pod wieczór z tłustych odwłoków latarni sączy się żółte światło wabiąc jętki jednodniówki. zużyta pełnia topnieje. przytłacza ją cień tej dziwnej planety, którą z bliżej nie wyjaśnionych powodów, tylu bogów, tyle razy usiłowało zbawić.
Hallelujah?
niedziela, 9 lutego 2020
tarta musztardowa z ziemniakami
tarta ciasto
250 ml mąki
100 g masła
szczypta soli
dwie łyżki zimnej wody
zagnieść jednolite ciasto. włożyć do lodówki na około pół godziny. upiec w 200 stopniach na złocisty kolor -- 10-15 min.
tarta farsz
3-4 ziemniaki średniej wielkości
ząbek czosnku
200 ml słodkiej śmietanki
jajko
szczypta tartej gałki muszkatołowej
sól
pieprz
kminek
tymianek -- najlepiej świeży
oliwa
jogurt
musztarda dijon
ser typu feta - nie potrzeba go wiele, dwie, trzy łyżki do smaku
tarta farsz
3-4 ziemniaki średniej wielkości
ząbek czosnku
200 ml słodkiej śmietanki
jajko
szczypta tartej gałki muszkatołowej
sól
pieprz
kminek
tymianek -- najlepiej świeży
oliwa
jogurt
musztarda dijon
ser typu feta - nie potrzeba go wiele, dwie, trzy łyżki do smaku
ziemniaki dokładnie umyć. razem ze skórką pokroić w cienkie talarki. rozłożyć na blasze razem z pokrojonym w plasterki ząbkiem czosnku. posypać kminkiem i tymiankiem. skropić oliwą i upiec na złoty kolor. przełożyć na upieczony spód.
śmietanę ubić z jajkiem. dodać przyprawy. jogurt wymieszać z musztardą. śmietaną zalać ziemniaki. na wierzchu rozprowadzić delikatnie masę musztardową. posypać pokruszonym serem feta. piec w 180 stopniach ok 40 min.
w kulki sobie lecę!
15 dag suszonych fig
15 dag suszonych daktyli -- albo gotowa masa daktylowa
15 dag orzechów włoskich lub migdałów -- albo pół na pół
5 dag rodzynek sułtańskich
5 dag skórki pomarańczowej
kilka gorzkich migdałów utartych na miazgę
garść prażonych płatków jaglanych
3 łyżki oleju kokosowego nierafinowanego
3-4 płaskie łyżki stołowe kakao
ok. 70 ml wody z suszonych owoców
orzechy lub migdały pokroić lub utłuc -- np. w moździerzu. figi i daktyle zalać ciepłą wodą. odstawić na noc. odsączyć, ale nie wylewać wody. odsączone owoce pokroić w drobną kostkę. ponowne zalać wodą. dodać płatki jaglane. całość podgrzewać mieszając, aż stanie się jednorodna. dodać olej kokosowy, kakao i dokładnie wymieszać. na koniec dodać skórkę, tłuczone gorzkie migdały i orzechy.
po wystudzeniu formować z masy niewielkie kuleczki. każdą obtoczyć w tłuczonych orzechach. lub migdałach. lub w kakao.
koniecznie przechowywać w lodówce. można mrozić.
czwartek, 30 stycznia 2020
sobota na działce. tarta z ikebaną*
ogród działkowy Pana Kierownika to prawdziwy tajemniczy ogród w mikro skali. jest nawet ławeczka pod starą jabłonką. porzeczki. kwiaty. paprocie. glicynia, która wspięła się pracowicie na sam wierzchołek wysokiego świerka i z końcem maja zalewa cały ogród zapachem dzieciństwa. są nawet autorskie bonsai przyczajone tu i ówdzie w swoich doniczkach. są pokrzywy bujnie rosnące na kompoście, szanowane i lubiane jako alternatywa dla szpinaku. znajdą się nawet zielone liście czosnku niedźwiedziego. jeśli się nie chce siedzieć na ławeczce, można położyć się w trawie i obserwować poczynania szczęśliwego żółwia. na odchodnym dostaje się jeszcze bukiet rozmaitości. buraki naciowe, lubczyk i "dudy". wizytę w tym ogrodzie powinno się przepisywać na receptę.
tarta ciasto
250 ml mąki (może być orkiszowa)
100 g masła
szczypta soli
dwie łyżki zimnej wody
zagnieść jednolite ciasto. włożyć do lodówki na około pół godziny. upiec w 200 stopniach na złocisty kolor -- 10-15 min.
tarta farsz
ikebana od Pana Kierownika posiekana niezbyt drobno
3 jajka
10 dag twarogu
10 dag sera typu cheddar
odrobina masła
cynamon, imbir, nasiona włoskiego kopru, kolendra, kardamon -- ubite w moździerzu z niewielką ilością brązowego cukru
sól
pieprz
pokrojone zielsko zblanszować bardzo delikatnie na roztopionym maśle. żółtka oddzielić od białek. sery, zieleninę, żółtka i przyprawy mieszamy razem w osobnej misce. białka solimy i ubijamy na sztywną pianę. mieszamy z pozostałymi składnikami -- delikatnie. całość wykładamy na kruchy spód i pieczemy na złoty kolor w 180 stopniach.
gotową tartę zabieramy ze sobą z powrotem na działkę, gdzie zjadamy ją w towarzystwie fajnych ludzi, kosów i żółwia -- popijając ulubionym trunkiem -- z nadzieją na kolejny piękny bukiet od Pana Kierownika.
*inspirowana Kuchnią średniowieczną., Oficyna Naukowa, Warszawa 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















